Czasem mam wrażenie, że jestem ograniczona. Ograniczona muzycznie. Mam kilka swoich ulubionych zespołów, których mogłabym słuchać bez przerwy i cały czas odkrywać na nowo. Oczywiście staram się z tego leczyć, ignorować nieuzasadnioną potrzebę słuchania po raz 5954 tej samej piosenki, znajdować nowe zespoły, smakować innych gatunków muzycznych. Ale jak tu prowadzić moją terapię odwykową, kiedy w 3mieście wciąż grają te same bandy?! No dobra, nie mam nic przeciwko temu, a nawet bardzo się ciesze, że mogłam po raz kolejny zobaczyć MYSLOVITZ! Ostatnio bardzo rzadko goszczą na północy, więc tym bardziej byłam napalona na ten performance.
Koncert odbywał się w ramach paradoksalnej imprezy "ESK 2016 Katowice- Miasto Ogrodów" mającej na celu promować Katowice na Europejską Stolicę Kultury 2016 w Sopocie... Pomińmy fakt, że Gdańsk też ubiega się o ten tytuł, w związku z czym idea imprezy była lekko kontrowersyjna. Innymi wykonawcami, którzy zagościli tego dnia w Sopocie byli Biff, Iowa Super Soccer, The Complainer&The Complainers oraz Czesław Śpiewa.
Koncerty zaczynały się wyjątkowo wcześnie, już o 15.45 na scenę wyszedł Biff. Formacja złożona głównie z członków Pogodna, bardzo przypomina ... samo Pogodno. Dziwi mnie to, gdyż większość artystów robiąc osobne projekty, stara się pokazać nową twarz i odciąć od tego co robią w macierzystej formacji, tu rzecz ma się na odwrót. Wokalistka Ania Brachaczek podejmowała wiele prób, żeby wprawić w ruch nieliczną,w dużej części przypadkową publiczność. Niestety poniosła klęskę, czym zespól bynajmniej nie zamierzał się przejmować. Sam na scenie urządził sobie doskonałą zabawę. Szalała zwłaszcza Brachaczek, której look bardziej przypomina pannę z dyskoteki, niż wokalistkę zespołu 'alternatywnego'. Ale nie będę się czepiać. Poprawny i energetyczny występ dopełniło zaśpiewanie razem z Czesławem Mozilem kawałka "Moja dziewczyno".
Po kilku pierwszych dźwiękach Iowa Super Soccer postanowiliśmy pójść na plażę. Ale po drodze znaleźliśmy sobie inną zabawę. Backstage był odsłonięty i bardzo dobrze dostępny dla tłumu. Ulokowaliśmy się na ławeczce graniczącej z barierkami, skąd mieliśmy doskonały widok. I tak zostaliśmy groop'ies xp. beznamiętnie gapiliśmy się na 'Rojków'. Chcieliśmy autograf, ale nie było długopisu, chcieliśmy zdjęcia, ale nie było aparatu, chcieliśmy zapytać gdzie Rojek kupił spodnie, ale nam uciekł. Zastanawia mnie dlaczego ludzie nie podchodzą po autograf przed koncertem, kiedy maja artystów na wyciągnięcie ręki. Bez większego problemu można było ich złapać, zrobić zdjęcie, a nawet zamienić kilka słów. A tu nic, nikt nie podchodzi. Natomiast po koncercie rzucają się na nich jak na świeże mięso. Błagają o koślawy podpis, próbują złapać skrawka koszuli. Cóż, tępota ludzka nie zna granic...
Złapałam się tylko na koncówke koncertu The Complainer i nasunęło mi się jedno skojarzenie. Czyżby za dużo naoglądali się koncertów The flaming Lips i teraz próbują ich nieudolnie naśladować? kilka gumowych piłek rzuconych w publiczność jako setki kolorowych balonów? To chyba tylko moje zboczenie po OFF'owe :)
Następnie na scenie pojawił się Czesław, który śpiewa ze swoim zespołem. grali głównie piosenki z nowej płyty, za która nie przepadam. Czesio raczył nas nowymi wersjami swoich starych żartów. Był jak zawsze trochę bezradny, trochę uroczy.
Nadszedł moment na gwiazdę wieczoru- Myslovitz. Chwilę przed rozpoczęciem lunął deszcz, który lał przez cały koncert. Sam deszcz za bardzo mi nie przeszkadzał, przeraziły mnie raczej chmary parasoli. Mój strach był uzasadniony, pewna 'starsza pani' zwana dalej 'jędza', swoim parasolem zasłoniła mi całą scenę. Prawie dostałam ataku wkurwicy. Cieszyłam się jak małe dziecko z mojego idealnego i bezpiecznego miejsca blisko sceny, tymczasem moherowa jędza zabrała mi całą radość. Wróćmy jednak do Myslo. Ich koncerty to ogromna dawka emocji. Wojtek Powaga świetnie bawi się na scenie, podskakuje, wymachuję gitarą, utrzymuje doskonały kontakt z publiką. Pomimo tego dla mnie królem sceny jest Artur. ten człowiek wychodzi i wyładowuje całą swoją energię i emocje. Wszystko co robi jest tak bardzo naturalne. Kiedy udało mi się czasem dostrzec jego twarz zza parasola, widziałam w niej jak bardzo wczuwa się w to co robi, ile jest w nim uczuć. Niektórzy mogą mu zarzucać, że za mało rozmawia, nie utrzymuje kontaktu z publicznością. Kiedyś też mi to przeszkadzało, ale na pewnym koncercie zrozumiałam, że tak musi być, tak jest dobrze, najlepiej. Jakieś rozmowy, zagadywanie ludzi psułoby efekt, niszczyło ta magiczną atmosferę. Rojek kiedy jest na scenie przenosi się w swój własny świat, niech tam zostanie i rozbiera przed nami swoje wnętrze w każdym dźwięku jaki tworzy.
Już od dłuższego czasu setlista Myslovitz jest bardzo podobna, wymieniają się tylko poszczególne piosenki, a szkoda bo mają tyle pięknych utworów, które chciałabym usłyszeć na żywo. Mogliby wprowadzić do seta jakieś większe zmiany. Ku uciesze nieokrzesanego tłumu zagrali "Peggy Brown". Już od wyjścia zespołu na scenę pseudofani wrzaskiem domagali się o ten kawałek. Na deser dorzucili "Mick'ego", byłam zaskoczona, że odważyli się go zagrać na 'spędowym koncercie'
Przeraża mnie publiczność jak przychodzi na Myslovitz. Sama lubię poszaleć na koncercie, choć tym razem przyszłam z innym zamiarem, chciałam obserwować to co się dzieje na scenie. Niestety jędza zepsuła mój chytry plan, ale nie tylko ona. Pod sceną zebrał się tłum punk'ów i metali, którzy radośnie się napierdalali. Za bardzo cenie przestrzeń osobista i 'życie na niskim ryzyku', żeby zrozumieć to zwierzęce zachowanie. Kolejna grupa fanów to rozpiszczane małolaty, które znają tylko kilka piosenek puszczanych w eremgównach. Tak,tak można uznać, że jestem nietolerancyjnym dziwakiem, który nie powinien chodzić na koncerty, ale ja po prostu jestem idealistką. Potrzebuje niezakłóconego odbioru, dobrej widoczności , bezpośredniego przekazu. Bez strachu, że zaraz dostanę z glana w głowę.
Myslovitz jak zwykle mnie zachwyciło, publika jak zwykle zirytowała. Koncerty panów z Mysłowic zawsze bardzo mocno poruszają moją psychikę. Wchodzą do głowy i robią w niej prawdziwą rewolucję. Jest to stan na granicy depresji i przećpania. Jest w tym coś fascynującego. Myslovitz to narkotyk, najlepszy jaki brałam.
wtorek, 31 sierpnia 2010
piątek, 27 sierpnia 2010
Pierwszy raz; off
Najgorzej jest zacząć. Bo co można napisać? Jaki ma być ten mój 'blogowy' pierwszy raz? Oszczędzę przedstawiania siebie, to raczej mało interesujące i wartościowe informacje. Kiedy piszę "ja" przestaje być ważne, liczy się tylko przekaz jaki tworzę.
Muzyka,muzyka,muzyka... To chyba dobry temat na rozpoczęcie. A dokładniej moja subiektywna recenzja- (jak to w reklamach głosili) największego święta muzyki alternatywnej w tej części Europy OFF Festivalu.
Dawno, dawno temu... słuchałam OFFensywy, wyszedł Rojek i zaczął ogłaszać gwiazdy tegorocznego OFF'a. Wtedy padła prawdziwa bomba, Lenny Valentino! To było jak najawspnialszy prezent. Rojek Świętym Mikolajem! Od tego momentu wiedziałam, że jadę, choćby nie wiem co, jadę. Miomo wszystkich trudności, nabawienia się wkurwicy i wielu przeszkód, kilka miesięcy póżniej siedziłam w pociągu Bydgoszcz-Katowice. Do miasteczka festivalowego dotarłam z samego rana,co było dobrym posunięciem, ominęły mnie kolejki do meldowania. Kiedy doprowadziłam się do stanu używalności, ruszyłam do Doliny Trzech Stawów. Ponarzekam sobie na opaski, bo brzydkie, bo plastikowe, bo niewygodne, ale za to książeczka i mapka to świetne prezenty.
Pierwszym koncertem jaki obejrzałam w pełni był Kim Nowak. Brudna ściana dźwięku w połączeniu z charakterystycznym głosem Fisza daje ciekawy efekt. Na występ The Horrors czekałam z ciekawością, ala zawiodłam się. Niby grali poprawnie, ale to nie było to czego oczekiwałam. Mroczna atmosfera, ekstrawagancja... a tu najzwyklejszy koncert. Moje małe rozczarowanie zrekompensował mi Art Brut. Eddie Argos to prawdziwy król sceny. Pomiędzy piosenkami opowiadał anegdoty, zszedł do tłumu, dał się ponieść na fali- niesamowity człowiek. Nadszedł czas na najważniejszy punkt festivalu, to na co najbardziej czekałam. Wyrwałam się z końcówki Art Brut'a (niestety) by nie spóźnić się ani sekundy na ten koncert- Lenny Valenino. Szybko okazało się to niepotrzebne,gdyż dla 'trójki' został on przesunięty o 20 min. Ale nie miałam nic przeciwko posłuchaniu Stelmacha, szkoda tylko, że Rojek nic nie powiedział na otwarcie festivalu. Wypadałoby, ale on jest chyba ponad wszelkimi regułami... A potem zaczęło się. Magiczny spektakl. Stałam jak zaczarowana, czułam muzykę całą sobą, teksty były dla mnie wzruszające jak nigdy wcześniej. Ten koncert mógł trwać i trwać, dla mnie w tamtym momencie mógłby się skończyć świat. Taka apokalipsa byłaby idealna. Ale świata się nie skończył, dzień festivalowy też nie. Kolejne było The Fall, które rozczarowało mnie podobnie jak The Horrors. Ta osławiona ekscentryczność Mark E. Smitha polega na tym, że wychodzi na scenę totalnie zalany, czyta teksty z kartki i ma w dupie wszystko dookoła? To nie dla mnie. Pierwszy wielki wybór: A Place to Bury Strangers vs Tindersticks. Pierwotny plan: ogarnąć trochę każdego. W działaniu: kiedy weszło się na APTBS nie sposób było wyjść. Co ci faceci wyczyniali z gitarami! Co za cholerna energia! Zobaczyłam tylko końcówkę Tindersticka, ale nie żałuję. Wydaje mi się, że to za spokojna muzyka na tak późną porę i dużą scenę.
Kolejny dzień zaczynam trochę później,ale za to z jakim uderzeniem. FM Belfast! Do tej pory znałam muzykę Islandzką z zupełnie innej strony. Naładowany energią, pozytywny koncert. Zupełnie zatraciłam się w ich muzyce, w efekcie czego performace Mitch&Mitch przeleżałam na trawie próbując dojść do siebie. Koncert Much po raz pierwszy widziałam na tak dużej scenie i stwierdzam, że chłopaki dają rade. Nie ma tego klimatu co w klubie, ale grają całkiem nieźle. na występie Archie Bronson Outfit najbardziej podobały mi się barwne szaty w jakich panowie występowali, po za tym bez rewelacji. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Tuung. Ciekawy, dobry muzycznie występ. Na Hey odpoczywałam, doszłam do wniosku, że przyjemniej jest ich tylko słuchać niż patrzeć na Nosowską, która robi za czarną madonnę polskiej sceny muzycznej. Byłam bardzo ciekawa jak wypada Mew na żywo. Lekko popowe brzmienie i falset Jonasa Bjerre jakoś mnie nie przekonywały na płytach. Co innego koncert. Nie jestem pewna czy to, że się nim tak zachwyciłam to zasługa muzyki, czy różnych substancji którymi się wcześniej raczyłam. Ale pewne jest to, że na scenie ich muzyka dostaje pazura, a cieniutki głosik nie brzmi już jak u kastrata, ponieważ wyczuwa się w nim ogromną dawkę emocji. I jako dodatek specjalny, murzyn tańczący niczym Michalel Jackson. Występ ten był dla mnie tak magiczny, że nie potrafiłam się po nim przestawić na słuchanie Dinosaur Jr. Obejrzałam ich koncert bez większych uniesień. Wiem, wiem legendy muzyki alternatywnej, lecz starsi panowie wytrwale robiący za rockman'ów wydają mi się trochę nieestetyczni. Czy to zmęczenie, a może delikatne dźwięki sprawiły, że na Lali Punie zasnęłam na stojąco? Na pewno oznaczało to, że należy odpuścić sobię Digital Mystikz i pójść spać.
Dlaczego Pulled Apart by Horses wypuścili tak wcześnie!? Ci faceci mają ADHD na scenie. Poszłam na ich koncert przypadkiem i zakochałam się. Dodatkowym bonusem był fakt, że udało mi się pogadać z gitarzystą. Potem zawędrowałam do Namiotu Eksperymentalnego i poznałam The Tallest Men on Earth. Jestem pod wrażeniem jak jeden człowiek potrafi zaczarować publiczność swoją muzyką i urokiem osobistym. Z całkiem oryginalnego koncertu Niwei wywabiły mnie mocne dźwięki dochodzące ze Sceny Leśnej. Tak znalazłam się na wspaniałym koncercie Casiokids. Potem Shearwater, na którym z nieznanych powodów się wzruszyłam. Naładowane energią No Age. I nadszedł czas na kolejny wyczekiwany przeze mnie koncert tego festivalu- The Raveonettes. Zabrakło kilku moich ulubionych piosenek, ale zrekompensowali mi to brudną estetyką jaką prezentują na scenie. Na wielkie niestety nie udało mi się wepchnąć do namiotu na Tune Yards, ale dzięki temu mogłam zobaczyć co się działo na scenie przed The Flaming Lips. Wayn robiący zdjęcia i strzelający konfetti, zabawa balonem. Koncert zaczął się oczywiście nietypowo. Można powiedzieć, że muzycy 'urodzili się' wychodząc z wizualizacji. Wayn wtoczył się w publikę w swojej kuli, buchnęło konfetti, setki balonów. W nawale tych wszystkich gadżetów i kolorów muzyka zeszła na drugi plan. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo dobrych muzycznie wystepów widziałam już wiele, a takie show widziałam po raz pierwszy w życiu. Muzycy zeszli ze sceny, balony zniknęły, konfetti opadło, publiczność się rozeszła, a ja poczułam, że zbliża się koniec. Chwila szaleństwa na Shining, krótkie spojrzenie na Antipop Consortium i wyjście po raz ostatnie z festivalowego terenu.
Najsmutniej jest wtedy, kiedy kończą się rzeczy najpiękniejsze. To był mój pierwszy festiwal, ale na pewno nie ostatni. OFF Festival zamierzam wpisać w moją wakacyjną tradycje. Chcę wracać do Katowic, żeby poczuć ten niepowtarzalny klimat, poznawać nowa muzykę. Mam nadzieję, że z roku na rok impreza będzie się rozrastać i udoskonalać,ale nigdy nie zatraci tego co najważniejsze, swojej alternatywnej idei.
Muzyka,muzyka,muzyka... To chyba dobry temat na rozpoczęcie. A dokładniej moja subiektywna recenzja- (jak to w reklamach głosili) największego święta muzyki alternatywnej w tej części Europy OFF Festivalu.
Dawno, dawno temu... słuchałam OFFensywy, wyszedł Rojek i zaczął ogłaszać gwiazdy tegorocznego OFF'a. Wtedy padła prawdziwa bomba, Lenny Valentino! To było jak najawspnialszy prezent. Rojek Świętym Mikolajem! Od tego momentu wiedziałam, że jadę, choćby nie wiem co, jadę. Miomo wszystkich trudności, nabawienia się wkurwicy i wielu przeszkód, kilka miesięcy póżniej siedziłam w pociągu Bydgoszcz-Katowice. Do miasteczka festivalowego dotarłam z samego rana,co było dobrym posunięciem, ominęły mnie kolejki do meldowania. Kiedy doprowadziłam się do stanu używalności, ruszyłam do Doliny Trzech Stawów. Ponarzekam sobie na opaski, bo brzydkie, bo plastikowe, bo niewygodne, ale za to książeczka i mapka to świetne prezenty.
Pierwszym koncertem jaki obejrzałam w pełni był Kim Nowak. Brudna ściana dźwięku w połączeniu z charakterystycznym głosem Fisza daje ciekawy efekt. Na występ The Horrors czekałam z ciekawością, ala zawiodłam się. Niby grali poprawnie, ale to nie było to czego oczekiwałam. Mroczna atmosfera, ekstrawagancja... a tu najzwyklejszy koncert. Moje małe rozczarowanie zrekompensował mi Art Brut. Eddie Argos to prawdziwy król sceny. Pomiędzy piosenkami opowiadał anegdoty, zszedł do tłumu, dał się ponieść na fali- niesamowity człowiek. Nadszedł czas na najważniejszy punkt festivalu, to na co najbardziej czekałam. Wyrwałam się z końcówki Art Brut'a (niestety) by nie spóźnić się ani sekundy na ten koncert- Lenny Valenino. Szybko okazało się to niepotrzebne,gdyż dla 'trójki' został on przesunięty o 20 min. Ale nie miałam nic przeciwko posłuchaniu Stelmacha, szkoda tylko, że Rojek nic nie powiedział na otwarcie festivalu. Wypadałoby, ale on jest chyba ponad wszelkimi regułami... A potem zaczęło się. Magiczny spektakl. Stałam jak zaczarowana, czułam muzykę całą sobą, teksty były dla mnie wzruszające jak nigdy wcześniej. Ten koncert mógł trwać i trwać, dla mnie w tamtym momencie mógłby się skończyć świat. Taka apokalipsa byłaby idealna. Ale świata się nie skończył, dzień festivalowy też nie. Kolejne było The Fall, które rozczarowało mnie podobnie jak The Horrors. Ta osławiona ekscentryczność Mark E. Smitha polega na tym, że wychodzi na scenę totalnie zalany, czyta teksty z kartki i ma w dupie wszystko dookoła? To nie dla mnie. Pierwszy wielki wybór: A Place to Bury Strangers vs Tindersticks. Pierwotny plan: ogarnąć trochę każdego. W działaniu: kiedy weszło się na APTBS nie sposób było wyjść. Co ci faceci wyczyniali z gitarami! Co za cholerna energia! Zobaczyłam tylko końcówkę Tindersticka, ale nie żałuję. Wydaje mi się, że to za spokojna muzyka na tak późną porę i dużą scenę.
Kolejny dzień zaczynam trochę później,ale za to z jakim uderzeniem. FM Belfast! Do tej pory znałam muzykę Islandzką z zupełnie innej strony. Naładowany energią, pozytywny koncert. Zupełnie zatraciłam się w ich muzyce, w efekcie czego performace Mitch&Mitch przeleżałam na trawie próbując dojść do siebie. Koncert Much po raz pierwszy widziałam na tak dużej scenie i stwierdzam, że chłopaki dają rade. Nie ma tego klimatu co w klubie, ale grają całkiem nieźle. na występie Archie Bronson Outfit najbardziej podobały mi się barwne szaty w jakich panowie występowali, po za tym bez rewelacji. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Tuung. Ciekawy, dobry muzycznie występ. Na Hey odpoczywałam, doszłam do wniosku, że przyjemniej jest ich tylko słuchać niż patrzeć na Nosowską, która robi za czarną madonnę polskiej sceny muzycznej. Byłam bardzo ciekawa jak wypada Mew na żywo. Lekko popowe brzmienie i falset Jonasa Bjerre jakoś mnie nie przekonywały na płytach. Co innego koncert. Nie jestem pewna czy to, że się nim tak zachwyciłam to zasługa muzyki, czy różnych substancji którymi się wcześniej raczyłam. Ale pewne jest to, że na scenie ich muzyka dostaje pazura, a cieniutki głosik nie brzmi już jak u kastrata, ponieważ wyczuwa się w nim ogromną dawkę emocji. I jako dodatek specjalny, murzyn tańczący niczym Michalel Jackson. Występ ten był dla mnie tak magiczny, że nie potrafiłam się po nim przestawić na słuchanie Dinosaur Jr. Obejrzałam ich koncert bez większych uniesień. Wiem, wiem legendy muzyki alternatywnej, lecz starsi panowie wytrwale robiący za rockman'ów wydają mi się trochę nieestetyczni. Czy to zmęczenie, a może delikatne dźwięki sprawiły, że na Lali Punie zasnęłam na stojąco? Na pewno oznaczało to, że należy odpuścić sobię Digital Mystikz i pójść spać.
Dlaczego Pulled Apart by Horses wypuścili tak wcześnie!? Ci faceci mają ADHD na scenie. Poszłam na ich koncert przypadkiem i zakochałam się. Dodatkowym bonusem był fakt, że udało mi się pogadać z gitarzystą. Potem zawędrowałam do Namiotu Eksperymentalnego i poznałam The Tallest Men on Earth. Jestem pod wrażeniem jak jeden człowiek potrafi zaczarować publiczność swoją muzyką i urokiem osobistym. Z całkiem oryginalnego koncertu Niwei wywabiły mnie mocne dźwięki dochodzące ze Sceny Leśnej. Tak znalazłam się na wspaniałym koncercie Casiokids. Potem Shearwater, na którym z nieznanych powodów się wzruszyłam. Naładowane energią No Age. I nadszedł czas na kolejny wyczekiwany przeze mnie koncert tego festivalu- The Raveonettes. Zabrakło kilku moich ulubionych piosenek, ale zrekompensowali mi to brudną estetyką jaką prezentują na scenie. Na wielkie niestety nie udało mi się wepchnąć do namiotu na Tune Yards, ale dzięki temu mogłam zobaczyć co się działo na scenie przed The Flaming Lips. Wayn robiący zdjęcia i strzelający konfetti, zabawa balonem. Koncert zaczął się oczywiście nietypowo. Można powiedzieć, że muzycy 'urodzili się' wychodząc z wizualizacji. Wayn wtoczył się w publikę w swojej kuli, buchnęło konfetti, setki balonów. W nawale tych wszystkich gadżetów i kolorów muzyka zeszła na drugi plan. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo dobrych muzycznie wystepów widziałam już wiele, a takie show widziałam po raz pierwszy w życiu. Muzycy zeszli ze sceny, balony zniknęły, konfetti opadło, publiczność się rozeszła, a ja poczułam, że zbliża się koniec. Chwila szaleństwa na Shining, krótkie spojrzenie na Antipop Consortium i wyjście po raz ostatnie z festivalowego terenu.
Najsmutniej jest wtedy, kiedy kończą się rzeczy najpiękniejsze. To był mój pierwszy festiwal, ale na pewno nie ostatni. OFF Festival zamierzam wpisać w moją wakacyjną tradycje. Chcę wracać do Katowic, żeby poczuć ten niepowtarzalny klimat, poznawać nowa muzykę. Mam nadzieję, że z roku na rok impreza będzie się rozrastać i udoskonalać,ale nigdy nie zatraci tego co najważniejsze, swojej alternatywnej idei.
Subskrybuj:
Posty (Atom)