Najgorzej jest zacząć. Bo co można napisać? Jaki ma być ten mój 'blogowy' pierwszy raz? Oszczędzę przedstawiania siebie, to raczej mało interesujące i wartościowe informacje. Kiedy piszę "ja" przestaje być ważne, liczy się tylko przekaz jaki tworzę.
Muzyka,muzyka,muzyka... To chyba dobry temat na rozpoczęcie. A dokładniej moja subiektywna recenzja- (jak to w reklamach głosili) największego święta muzyki alternatywnej w tej części Europy OFF Festivalu.
Dawno, dawno temu... słuchałam OFFensywy, wyszedł Rojek i zaczął ogłaszać gwiazdy tegorocznego OFF'a. Wtedy padła prawdziwa bomba, Lenny Valentino! To było jak najawspnialszy prezent. Rojek Świętym Mikolajem! Od tego momentu wiedziałam, że jadę, choćby nie wiem co, jadę. Miomo wszystkich trudności, nabawienia się wkurwicy i wielu przeszkód, kilka miesięcy póżniej siedziłam w pociągu Bydgoszcz-Katowice. Do miasteczka festivalowego dotarłam z samego rana,co było dobrym posunięciem, ominęły mnie kolejki do meldowania. Kiedy doprowadziłam się do stanu używalności, ruszyłam do Doliny Trzech Stawów. Ponarzekam sobie na opaski, bo brzydkie, bo plastikowe, bo niewygodne, ale za to książeczka i mapka to świetne prezenty.
Pierwszym koncertem jaki obejrzałam w pełni był Kim Nowak. Brudna ściana dźwięku w połączeniu z charakterystycznym głosem Fisza daje ciekawy efekt. Na występ The Horrors czekałam z ciekawością, ala zawiodłam się. Niby grali poprawnie, ale to nie było to czego oczekiwałam. Mroczna atmosfera, ekstrawagancja... a tu najzwyklejszy koncert. Moje małe rozczarowanie zrekompensował mi Art Brut. Eddie Argos to prawdziwy król sceny. Pomiędzy piosenkami opowiadał anegdoty, zszedł do tłumu, dał się ponieść na fali- niesamowity człowiek. Nadszedł czas na najważniejszy punkt festivalu, to na co najbardziej czekałam. Wyrwałam się z końcówki Art Brut'a (niestety) by nie spóźnić się ani sekundy na ten koncert- Lenny Valenino. Szybko okazało się to niepotrzebne,gdyż dla 'trójki' został on przesunięty o 20 min. Ale nie miałam nic przeciwko posłuchaniu Stelmacha, szkoda tylko, że Rojek nic nie powiedział na otwarcie festivalu. Wypadałoby, ale on jest chyba ponad wszelkimi regułami... A potem zaczęło się. Magiczny spektakl. Stałam jak zaczarowana, czułam muzykę całą sobą, teksty były dla mnie wzruszające jak nigdy wcześniej. Ten koncert mógł trwać i trwać, dla mnie w tamtym momencie mógłby się skończyć świat. Taka apokalipsa byłaby idealna. Ale świata się nie skończył, dzień festivalowy też nie. Kolejne było The Fall, które rozczarowało mnie podobnie jak The Horrors. Ta osławiona ekscentryczność Mark E. Smitha polega na tym, że wychodzi na scenę totalnie zalany, czyta teksty z kartki i ma w dupie wszystko dookoła? To nie dla mnie. Pierwszy wielki wybór: A Place to Bury Strangers vs Tindersticks. Pierwotny plan: ogarnąć trochę każdego. W działaniu: kiedy weszło się na APTBS nie sposób było wyjść. Co ci faceci wyczyniali z gitarami! Co za cholerna energia! Zobaczyłam tylko końcówkę Tindersticka, ale nie żałuję. Wydaje mi się, że to za spokojna muzyka na tak późną porę i dużą scenę.
Kolejny dzień zaczynam trochę później,ale za to z jakim uderzeniem. FM Belfast! Do tej pory znałam muzykę Islandzką z zupełnie innej strony. Naładowany energią, pozytywny koncert. Zupełnie zatraciłam się w ich muzyce, w efekcie czego performace Mitch&Mitch przeleżałam na trawie próbując dojść do siebie. Koncert Much po raz pierwszy widziałam na tak dużej scenie i stwierdzam, że chłopaki dają rade. Nie ma tego klimatu co w klubie, ale grają całkiem nieźle. na występie Archie Bronson Outfit najbardziej podobały mi się barwne szaty w jakich panowie występowali, po za tym bez rewelacji. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Tuung. Ciekawy, dobry muzycznie występ. Na Hey odpoczywałam, doszłam do wniosku, że przyjemniej jest ich tylko słuchać niż patrzeć na Nosowską, która robi za czarną madonnę polskiej sceny muzycznej. Byłam bardzo ciekawa jak wypada Mew na żywo. Lekko popowe brzmienie i falset Jonasa Bjerre jakoś mnie nie przekonywały na płytach. Co innego koncert. Nie jestem pewna czy to, że się nim tak zachwyciłam to zasługa muzyki, czy różnych substancji którymi się wcześniej raczyłam. Ale pewne jest to, że na scenie ich muzyka dostaje pazura, a cieniutki głosik nie brzmi już jak u kastrata, ponieważ wyczuwa się w nim ogromną dawkę emocji. I jako dodatek specjalny, murzyn tańczący niczym Michalel Jackson. Występ ten był dla mnie tak magiczny, że nie potrafiłam się po nim przestawić na słuchanie Dinosaur Jr. Obejrzałam ich koncert bez większych uniesień. Wiem, wiem legendy muzyki alternatywnej, lecz starsi panowie wytrwale robiący za rockman'ów wydają mi się trochę nieestetyczni. Czy to zmęczenie, a może delikatne dźwięki sprawiły, że na Lali Punie zasnęłam na stojąco? Na pewno oznaczało to, że należy odpuścić sobię Digital Mystikz i pójść spać.
Dlaczego Pulled Apart by Horses wypuścili tak wcześnie!? Ci faceci mają ADHD na scenie. Poszłam na ich koncert przypadkiem i zakochałam się. Dodatkowym bonusem był fakt, że udało mi się pogadać z gitarzystą. Potem zawędrowałam do Namiotu Eksperymentalnego i poznałam The Tallest Men on Earth. Jestem pod wrażeniem jak jeden człowiek potrafi zaczarować publiczność swoją muzyką i urokiem osobistym. Z całkiem oryginalnego koncertu Niwei wywabiły mnie mocne dźwięki dochodzące ze Sceny Leśnej. Tak znalazłam się na wspaniałym koncercie Casiokids. Potem Shearwater, na którym z nieznanych powodów się wzruszyłam. Naładowane energią No Age. I nadszedł czas na kolejny wyczekiwany przeze mnie koncert tego festivalu- The Raveonettes. Zabrakło kilku moich ulubionych piosenek, ale zrekompensowali mi to brudną estetyką jaką prezentują na scenie. Na wielkie niestety nie udało mi się wepchnąć do namiotu na Tune Yards, ale dzięki temu mogłam zobaczyć co się działo na scenie przed The Flaming Lips. Wayn robiący zdjęcia i strzelający konfetti, zabawa balonem. Koncert zaczął się oczywiście nietypowo. Można powiedzieć, że muzycy 'urodzili się' wychodząc z wizualizacji. Wayn wtoczył się w publikę w swojej kuli, buchnęło konfetti, setki balonów. W nawale tych wszystkich gadżetów i kolorów muzyka zeszła na drugi plan. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo dobrych muzycznie wystepów widziałam już wiele, a takie show widziałam po raz pierwszy w życiu. Muzycy zeszli ze sceny, balony zniknęły, konfetti opadło, publiczność się rozeszła, a ja poczułam, że zbliża się koniec. Chwila szaleństwa na Shining, krótkie spojrzenie na Antipop Consortium i wyjście po raz ostatnie z festivalowego terenu.
Najsmutniej jest wtedy, kiedy kończą się rzeczy najpiękniejsze. To był mój pierwszy festiwal, ale na pewno nie ostatni. OFF Festival zamierzam wpisać w moją wakacyjną tradycje. Chcę wracać do Katowic, żeby poczuć ten niepowtarzalny klimat, poznawać nowa muzykę. Mam nadzieję, że z roku na rok impreza będzie się rozrastać i udoskonalać,ale nigdy nie zatraci tego co najważniejsze, swojej alternatywnej idei.
To była offensywa, był koncert Cieślaka z Księżniczkami, potem Hey. Rojek ogłosił Lenny Valentino i już wiedziałam, że w tym roku choćby nie wiem co na offa pojadę :)
OdpowiedzUsuńByło warto.
Flamingi również mi się podobały :)
aż szkoda było wyjeżdżać
pozdrawiam
To był mój drugi raz, muzycznie i emocjonalnie nieporównywalny z poprzednią edycją. Zdaje się, że miałyśmy okazję zamienić kilka słów po PABH, bo też z koleżanką gadałyśmy i robiłyśmy zdjęcia z Jamesem Brownem. :)
OdpowiedzUsuńU mnie z wyborami chyba trochę odwrotnie, bo poszłam na Tindersticks, a żałuję że nie na APTBS, poszłam też na Blackheart Procession i gwarantuję, że popisali się lepiej niż horrorsi. Teraz czekam tylko na bilety na 2011, nawet nie obchodzi mnie aż tak bardzo line-up. W tym roku było tak samo. Wstępnie postanowione, że jadę, później tylko coraz weselej, bo wykonawcy jak z mojego lasta.
Tu moja recenzja : http://www.lastfm.pl/user/bezgustna/journal/2010/08/25/3v9tcj_i've_turned_completely_off.
Pozdrawiam :)